A kada brod se borio – na jarbolu sam sjedio,
kada je tonuo – s brodom sam pod vodu pošao. (Slovacki: Moj testament)
Kada tijelo dogori, ostaće oči –
ekseri na tmurnom pokrovu ebanovine.
Izaći će zvonar – izboran k’o zemlja jesenja,
duge noge obješenih vući će k’o konope.
I grom će se sručiti s neba kao jabuka,
a kiša kao jato gavransko razdiraće rijeku,
puknuće drvo zeleno – moja tužna harfa.
Kao pas zavijaće za mnom pjesmu vjernu.
Uzmite tada spomenike i bacite ih kao kamen
mrtvih vremena do dna neba, u crni mermer rijeka,
i promrzlu radom sjecite mi ruku kao granu, dok ne
prošikne iz nje zelenilo i krv.
Jer u zagrljaju mrtvih spavali smo, i znate već profil
smrti ukrućen i oštar kao nož.
Jer po stepenicama crnih tijela braće, hodali smo.
Uzmite krpu tijela i bacite je s njima – u krš.
A oči mi prokopajte i valjajte ih dalje
kao kugle olovne – potpalite njima vjetar,
da kroz gole lobanje huči – i neka tako gori, dok
srca vam ne opepeli – i izvadi iz njih svijet.
oktobar 1941.g
Jesień 41 r.
A kiedy okręt walczył – siedziałem na maszcie,
kiedy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę.
Słowacki: Testament mój
Gdy ciało się dopali, pozostaną oczy —
gwoździe na wieku z hebanowych chmur.
Wyjdzie dzwonnik – zmarszczony jak jesienna ziemia, długie nogi
wisielców pociągnie jak sznur.
I grom się stoczy z nieba jak jabłko, a deszcz jak stado kruków będzie rzekę
szarpał, pęknie drzewo zielone – moja smutna harfa.
Jak pies zawyje za mną wierna pieśń.
Wtedy weźcie pomniki i rzućcie jak kamień
czasów martwych w dno nieba, w czarny marmur rzek i przymarzłe do pracy utnijcie mi ramię jak gałąź, aż wytryśnie z niej zieleń i krew.
Żeśmy w objęciach trupów spali, to już znacie śmierci profil zastygły i ostry jak nóż.
Żeśmy po schodach szli z czarnych ciał braci, to weźcie szmatę ciała i rzućcie razem – w gruz.
A oczy mi wydrzyjcie i potoczcie dalej
jak ołowiane kule – podpalcie nimi wiatr,
by w czaszki nagie gwizdał – i niech tak się pali, aż serca wam spopieli – i wyjmie z nich świat.
październik 1941 r.
Samoubilačka noć
Ta noć bez oproštaja, noć bez zvijezda, noć bez pokreta.
Dugo mi je vjetar histerični tumačio epilog najprostiji, dok smrt
me današnja, udarima teškim, konačno ubola nije.
Nemoćan sam kao leptir, leptir oštricom proboden.
Rijeka: kroz prozor je vidim, stala je i čeka.
Za prozorom grada navučen je vitraž.
Na pjesmama tragovi krvi. Ne pročitaš odživljene
epopeje. Ne ugledaš nijednog čovjeka.
Odlazim noću najstrašnijom, a kuda –
već je svejedno.
Oči će zatvoriti povratke u život kao vrata,
ruke kao drvo, ruke kao drvo, ruke kao drvo.
Već se pod noge svijet spustio
uskim potokom krvi
i samo crni skeleti namještaja ploveći od mene
stoje uokolo
a sutra jutrom kao danas:
mali vrabci doći će na prozor
i neuplašeni posmatrati tišinu smrtnu moje sobe.
3. oktobra ’40.g.
Noc samobójcza
Ta noc bez pożegnania, noc bez gwiazd, noc bez ruchu.
Długo mi wiatr histeryczny tłumaczył epilog
najprostszy, aż oto śmierć dzisiejszą ciężko bijąc ukłuł.
Jestem bezradny jak motyl, motyl nabity na ostrze.
Rzeka: przez okno widać, stanęła i czeka.
Przez okno widać miasta nasunięty witraż.
Na wierszach ślady krwi. Nie przeczytasz
przeżytych epopei. Nie zobaczysz ani jednego człowieka.
Odpływam nocą najstraszniejszą, a dokąd —
– już wszystko jedno.
Oczy zamkną odwroty w życie jak drzwi,
ręce jak drewno, ręce jak drewno, ręce jak drewno.
Już spod nóg stoczył się świat
wąskim strumykiem krwi
i tylko czarne szkielety mebli płynąc ode mnie
wokoło stoją
a jutro rano jak dziś:
przyjdą na okno małe wróble
i nie spłoszone obejrzą śmierć zastygłą w moim pokoju.
3 październik 40 r
Teologija
To ti si, udarcima gromova tutnjao
u nakovanj ukočenih zjenica,
da lobanje za strah premale bjehu,
a srca prevelika za zemlju.
To ti si, iz ruku svojih kao orkan
bacao kugle vatrene na okrugli plafon,
a na pute ljudske snove i ruine
dimne, kao svojom svježom stazom.
I zastajao si u pogromskim tutnjevima,
među lutanjima gluhih pokoljenja,
dok okružen staklenim cijevima,
kaplja vode stao si, na stolu usamljena.
Ma šta li si, kad u svjetlu prigušenom
gori zodijak vatreni razasut nebom,
ti uporan ulaziš i dalje
u stakleno zrnevlje – bijuće ćelija jezgro?
oktobar (41.g.)
Teologia
To ty ciosami piorunów huczałeś
w kowadła zdrętwiałych źrenic,
że czaszki dla lęku były za małe,
a serca za wielkie dla ziemi.
To ty ciskałeś z dłoni jak orkan
kule ogniste na krągły strop,
a w drogi ludzkie sny i ruiny
dymiące jak twój świeży trop.
I zastygałeś w pogromów zgiełk
pośród wędrówek głuchych pokoleń,
aż osaczony lufami szkieł
stanąłeś kroplą wody na stole.
Czymże ty jesteś, gdy w świetle przygasł
ogień zodiaków sypanych z góry,
a natarczywy ciągle napływasz
w szkiełka – tętniącym jądrem komórek?
październik [41 r]
Jesenja šetnja pjesnika
Ježiju K. V.*
Drveće, kao crvene glave barbara
prodiralo je u vene žutih rijeka.
Bijelo se prostirala pepelom maltera,
utopljena u vodi obala grada.
Koračali su po mostu tutnjećem od koraka
kao po ivici krhkoga stakla,
pod zamišljenim grobom oblaka,
po lišću kao po krvavim suzama.
I reče prvi: „Ovo je pjesma,
koja udara u kapaka nebo“.
A drugi reče: „Ne, to smrt je koju
predosjetih u riječi zelenoj“
oktobar 41. g.
*Ježi Kamil Vajntraub (Jerzy Kamil Weintraub, 1916-1943) bio je poljski pjesnik, publicista i porevodilac jevrejskog porijekla. Jedan od najboljih prijatelja i književnih uzora Kšištofa Bačinjkog. Umire u Varšavskom getu 1943. Njegov simbolični grob nalazi se na katoličkoj parceli varšavskog grobla Povonzki.
Jesienny spacer poetów
Jerzemu K. W.
Drzewa jak rude łby barbarzyńców
wnikały w żyły żółtych rzek.
Biało się kładł popiołem tynku
wtopiony w wodę miasta brzeg.
Szli po dudniącym moście kroków
jak po krawędzi z kruchego szkła,
pod zamyślonym grobem obłoków,
po liściach jak po krwawych łzach.
I mówił pierwszy: „Oto jest pieśń,
która uderza w firmament powiek”.
A drugi mówił: „Nie, to jest śmierć,
którą przeczułem w zielonym słowie”
październik 41 r
Magija
Vlati dima se kroje u grifone, figure i konje
nad vatrom razlivenom, a on, češući grive žutoga plamenja, zove:
„Zelenim te zvijezdama opklinjem, demonu, Aharbale – dođi!“
Tada kroz prazan ram portreta izlazi
duh ogroman, od plavih iskri šušteć’, i staje kod
plafona kao
projektil zadržani zapetih oblaka, unoseći
u sebi sve dimove razlivene. Tada on, izbijeljen,
tišinom nošen, sjenkama utrojen,
“Aharbalu – priziva – kroz taj dim očvrsli,
Aharbalu – opklinje – donesi joj sjećanje!”
I tako, u suhom bljesku iskri raste ružičasti luk grudi čvrsto savijenih, usta raspetih ko školjka, dugački listovi kapaka. Tada iz glave njegove u daljinu odbačene, istaču se oči kao suze, u kojima vidi se okrenuta, slika sve manja; i plače: „O, zla sestro!“
a ona, već, kao kamen – nestaje u noći.
15. oktobar 1941. g.
Magia
Dym układa się w gryfy, postaci i konie
nad rozlewanym ogniem, a on czesząc grzywy żółtych płomieni woła:
„Przez gwiazdy zielone zaklinam cię, demonie, Aharbalu – przybądź!”
Wtedy przez pustą ramę portretu wychodzi
duch ogromny szeleszcząc od niebieskich iskier i staje u pułapu jak
wstrzymany pocisk naprężonych obłoków, i unosi wszystkie
rozlane dymy w sobie. Wtedy on zbielały,
porywany przez ciszę, trojony przez cienie,
„Aharbalu – zaklina – przez ten dym stężały, Aharbalu – zaklina – przynieś
jej wspomnienie!”
Więc w suchym blasku iskier rośnie łuk różowy piersi wygiętych twardo,
ust rozwartych koncha, podłużne liście powiek. Wtedy z jego głowy
odrzuconej w odległość wypływają oczy jakby łzy, w których widać
odwrócony obraz coraz mniejszy; i płacze: „O, siostro niedobra!”
a już ona jak kamień – rozpuszcza się w nocy. 15 październik 1941 r.
Parabola
Majci
Bog se nasmiješio – i tada zemlja nastade, slična
zlatnoj jabuci, ogledalu preobrazbe.
Po njoj cijede se polako života zrele kapljice,
uzdižuć’ iz voda se u vazduh – srebrom trepereće – stepenice.
A pjesma najtiše od ptica u meke se magle pretvara
– tada nastaju oblaci, slični zemlji i zvijezdama.
Tad šume k morima prilaze i polažu kose na vode,
I tada se talasi preliju bojom zrele jagode.
Svjetlost prorijeva zemlju, a zemlja joj bljesak grli;
Šume urastaju u vazduh, a vazduh od šuma se crni.
Životinje se uvlače u kore, a iz kora život klija,
i nevidljivo, u prostoru, kruži zemlje refleksija.
I tad sve boje postoje, svaka drukčija od ine,
a sve su jednake pod staklenim svodom praznine.
I zabrinu Bog se od svoga djela nepojmljenja, jer
tišina se naborala, a svjetlost je pocrnjela
i iz teških nakovanja gorskih plameni izdanci nikli,
a gromovi, zgrčeni naporom, skovali crne misli,
dok ne iskrsnu pod nebom kovan, od buke bijele iz
oblaka i zemlje taljen – čovjek taman i malen.
I tada osmjehnu se Bog – umorno zasnu, usta mu
nijema – i do danas strahovima luta čovjek mračan kao zemlja.
(dn 14. XI. 1941. g.)
Przypowieść
Matce
Pan Bóg uśmiechnął się i wtedy powstała ziemia, podobna do
jabłka złotego i do zwierciadła przemian.
Po niej powoli się sączą zwierząt dojrzałe krople wstępując z
wód w powietrza – drgające srebrem — stopnie.
A śpiew najcichszego z ptaków zamienia się w miękki obłoki
wtedy powstają chmury do ziemi i gwiazd podobne.
Więc knieje do mórz przychodzą i kładą włosy na
wodę i wtedy fale się barwią na kolor dojrzałej jagody.
Światło przenika do ziemi, a ziemia blask przygarnia; bory wrastają w powietrze, powietrze od lasów – czarne.
Zwierzęta wnikają w korę, a kora porasta życie i niewidzialne, w przestrzeni, wiruje ziemi odbicie.
Wtedy są wszystkie kolory, każdy od innych różny, które są wszystkie te same pod szklaną kopułą próżni.
I zafrasował się Bóg, że sam swych dzieł nie ogarnie, więc cisza złożyła się w fałdy, a światło stało się czarne
i z ciężkich kowadeł gór rosły łodygi ogniste, a gromy w wysiłku kuły zmarszczone w groźnym namyśle,
aż się wykrzesał z kuźni pod niebo od huku białe z chmur i ziemi ulany – człowiek ciemny i mały.
Teraz uśmiechnął się Bóg i we śnie znużony oniemiał, i do dziś błądzi wśród grozy człowiek ciemny jak ziemia.
dn. 14. XI. 1941 r.
Zimska balada
Bakren oblak grmi,
ako oklopi su – oči od olova,
u oklopima sijeva.
U šumama sivim od bljeska,
kao umorna kolijevka,
vraćao se vitez iz lova, iz snijega.
A od snijega – skupa s konjem –
kao oblak jabukovog cvijeta
uraganom u mećave bačen.
I tako u trku ukočeni,
u mrazeve k’o na igle
pribijeni – polako se pretvarahu u kamen.
Tada srebrnaste šume,
presiječe svjetlosti zvižduk,
a put se pretvori u plavu ravninu.
I zlatni hljeb i ruke,
kao u pjesmi djetinjstva,
majka je nosila ususret svome sinu.
(Zima 41. g.)
Ballada zimowa
Chmura z miedzi uderza,
blaskiem bije w puklerzach,
jeśli puklerz – to oczy z ołowiu.
W lasach siwych od błysków
jak znużenia kołyską
wracał rycerz z puszystych łowów.
A od śniegu – wraz z koniem –
był jak chmura jabłoni
huraganem niesiona przez zamieć.
I tak w pędzie zastygli,
że na mróz jak na igłę
wbici – z wolna zmieniali się w kamień.
Wtedy knieje srebrzyste promień przeciął ze świstem,
droga przeszła w niebieską równinę.
Złote chleby i ręce
jak w dzieciństwa piosence
niosła matka na witanie z synem.
Krzysztof Kamil Baczyński: Jesen 1941.
A kada brod se borio – na jarbolu sam sjedio,
kada je tonuo – s brodom sam pod vodu pošao.
(Slovacki: Moj testament)
Kada tijelo dogori, ostaće oči –
ekseri na tmurnom pokrovu ebanovine.
Izaći će zvonar – izboran k’o zemlja jesenja,
duge noge obješenih vući će k’o konope.
I grom će se sručiti s neba kao jabuka,
a kiša kao jato gavransko razdiraće rijeku,
puknuće drvo zeleno – moja tužna harfa.
Kao pas zavijaće za mnom pjesmu vjernu.
Uzmite tada spomenike i bacite ih kao kamen
mrtvih vremena do dna neba, u crni mermer rijeka,
i promrzlu radom sjecite mi ruku kao granu, dok ne
prošikne iz nje zelenilo i krv.
Jer u zagrljaju mrtvih spavali smo, i znate već profil
smrti ukrućen i oštar kao nož.
Jer po stepenicama crnih tijela braće, hodali smo.
Uzmite krpu tijela i bacite je s njima – u krš.
A oči mi prokopajte i valjajte ih dalje
kao kugle olovne – potpalite njima vjetar,
da kroz gole lobanje huči – i neka tako gori, dok
srca vam ne opepeli – i izvadi iz njih svijet.
oktobar 1941.g
A kiedy okręt walczył – siedziałem na maszcie,
kiedy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę.
Słowacki: Testament mój
Gdy ciało się dopali, pozostaną oczy —
gwoździe na wieku z hebanowych chmur.
Wyjdzie dzwonnik – zmarszczony jak jesienna ziemia, długie nogi
wisielców pociągnie jak sznur.
I grom się stoczy z nieba jak jabłko, a deszcz jak stado kruków będzie rzekę
szarpał, pęknie drzewo zielone – moja smutna harfa.
Jak pies zawyje za mną wierna pieśń.
Wtedy weźcie pomniki i rzućcie jak kamień
czasów martwych w dno nieba, w czarny marmur rzek i przymarzłe do pracy utnijcie mi ramię jak gałąź, aż wytryśnie z niej zieleń i krew.
Żeśmy w objęciach trupów spali, to już znacie śmierci profil zastygły i ostry jak nóż.
Żeśmy po schodach szli z czarnych ciał braci, to weźcie szmatę ciała i rzućcie razem – w gruz.
A oczy mi wydrzyjcie i potoczcie dalej
jak ołowiane kule – podpalcie nimi wiatr,
by w czaszki nagie gwizdał – i niech tak się pali, aż serca wam spopieli – i wyjmie z nich świat.
październik 1941 r.
Ta noć bez oproštaja, noć bez zvijezda, noć bez pokreta.
Dugo mi je vjetar histerični tumačio epilog najprostiji, dok smrt
me današnja, udarima teškim, konačno ubola nije.
Nemoćan sam kao leptir, leptir oštricom proboden.
Rijeka: kroz prozor je vidim, stala je i čeka.
Za prozorom grada navučen je vitraž.
Na pjesmama tragovi krvi. Ne pročitaš odživljene
epopeje. Ne ugledaš nijednog čovjeka.
Odlazim noću najstrašnijom, a kuda –
već je svejedno.
Oči će zatvoriti povratke u život kao vrata,
ruke kao drvo, ruke kao drvo, ruke kao drvo.
Već se pod noge svijet spustio
uskim potokom krvi
i samo crni skeleti namještaja ploveći od mene
stoje uokolo
a sutra jutrom kao danas:
mali vrabci doći će na prozor
i neuplašeni posmatrati tišinu smrtnu moje sobe.
3. oktobra ’40.g.
Ta noc bez pożegnania, noc bez gwiazd, noc bez ruchu.
Długo mi wiatr histeryczny tłumaczył epilog
najprostszy, aż oto śmierć dzisiejszą ciężko bijąc ukłuł.
Jestem bezradny jak motyl, motyl nabity na ostrze.
Rzeka: przez okno widać, stanęła i czeka.
Przez okno widać miasta nasunięty witraż.
Na wierszach ślady krwi. Nie przeczytasz
przeżytych epopei. Nie zobaczysz ani jednego człowieka.
Odpływam nocą najstraszniejszą, a dokąd —
– już wszystko jedno.
Oczy zamkną odwroty w życie jak drzwi,
ręce jak drewno, ręce jak drewno, ręce jak drewno.
Już spod nóg stoczył się świat
wąskim strumykiem krwi
i tylko czarne szkielety mebli płynąc ode mnie
wokoło stoją
a jutro rano jak dziś:
przyjdą na okno małe wróble
i nie spłoszone obejrzą śmierć zastygłą w moim pokoju.
3 październik 40 r
To ti si, udarcima gromova tutnjao
u nakovanj ukočenih zjenica,
da lobanje za strah premale bjehu,
a srca prevelika za zemlju.
To ti si, iz ruku svojih kao orkan
bacao kugle vatrene na okrugli plafon,
a na pute ljudske snove i ruine
dimne, kao svojom svježom stazom.
I zastajao si u pogromskim tutnjevima,
među lutanjima gluhih pokoljenja,
dok okružen staklenim cijevima,
kaplja vode stao si, na stolu usamljena.
Ma šta li si, kad u svjetlu prigušenom
gori zodijak vatreni razasut nebom,
ti uporan ulaziš i dalje
u stakleno zrnevlje – bijuće ćelija jezgro?
oktobar (41.g.)
To ty ciosami piorunów huczałeś
w kowadła zdrętwiałych źrenic,
że czaszki dla lęku były za małe,
a serca za wielkie dla ziemi.
To ty ciskałeś z dłoni jak orkan
kule ogniste na krągły strop,
a w drogi ludzkie sny i ruiny
dymiące jak twój świeży trop.
I zastygałeś w pogromów zgiełk
pośród wędrówek głuchych pokoleń,
aż osaczony lufami szkieł
stanąłeś kroplą wody na stole.
Czymże ty jesteś, gdy w świetle przygasł
ogień zodiaków sypanych z góry,
a natarczywy ciągle napływasz
w szkiełka – tętniącym jądrem komórek?
październik [41 r]
Ježiju K. V.*
Drveće, kao crvene glave barbara
prodiralo je u vene žutih rijeka.
Bijelo se prostirala pepelom maltera,
utopljena u vodi obala grada.
Koračali su po mostu tutnjećem od koraka
kao po ivici krhkoga stakla,
pod zamišljenim grobom oblaka,
po lišću kao po krvavim suzama.
I reče prvi: „Ovo je pjesma,
koja udara u kapaka nebo“.
A drugi reče: „Ne, to smrt je koju
predosjetih u riječi zelenoj“
oktobar 41. g.
*Ježi Kamil Vajntraub (Jerzy Kamil Weintraub, 1916-1943) bio je poljski pjesnik, publicista i porevodilac jevrejskog porijekla. Jedan od najboljih prijatelja i književnih uzora Kšištofa Bačinjkog. Umire u Varšavskom getu 1943. Njegov simbolični grob nalazi se na katoličkoj parceli varšavskog grobla Povonzki.
Jerzemu K. W.
Drzewa jak rude łby barbarzyńców
wnikały w żyły żółtych rzek.
Biało się kładł popiołem tynku
wtopiony w wodę miasta brzeg.
Szli po dudniącym moście kroków
jak po krawędzi z kruchego szkła,
pod zamyślonym grobem obłoków,
po liściach jak po krwawych łzach.
I mówił pierwszy: „Oto jest pieśń,
która uderza w firmament powiek”.
A drugi mówił: „Nie, to jest śmierć,
którą przeczułem w zielonym słowie”
październik 41 r
Vlati dima se kroje u grifone, figure i konje
nad vatrom razlivenom, a on, češući grive žutoga plamenja, zove:
„Zelenim te zvijezdama opklinjem, demonu, Aharbale – dođi!“
Tada kroz prazan ram portreta izlazi
duh ogroman, od plavih iskri šušteć’, i staje kod
plafona kao
projektil zadržani zapetih oblaka, unoseći
u sebi sve dimove razlivene. Tada on, izbijeljen,
tišinom nošen, sjenkama utrojen,
“Aharbalu – priziva – kroz taj dim očvrsli,
Aharbalu – opklinje – donesi joj sjećanje!”
I tako, u suhom bljesku iskri raste ružičasti luk grudi čvrsto savijenih, usta raspetih ko školjka, dugački listovi kapaka. Tada iz glave njegove u daljinu odbačene, istaču se oči kao suze, u kojima vidi se okrenuta, slika sve manja; i plače: „O, zla sestro!“
a ona, već, kao kamen – nestaje u noći.
15. oktobar 1941. g.
Dym układa się w gryfy, postaci i konie
nad rozlewanym ogniem, a on czesząc grzywy żółtych płomieni woła:
„Przez gwiazdy zielone zaklinam cię, demonie, Aharbalu – przybądź!”
Wtedy przez pustą ramę portretu wychodzi
duch ogromny szeleszcząc od niebieskich iskier i staje u pułapu jak
wstrzymany pocisk naprężonych obłoków, i unosi wszystkie
rozlane dymy w sobie. Wtedy on zbielały,
porywany przez ciszę, trojony przez cienie,
„Aharbalu – zaklina – przez ten dym stężały, Aharbalu – zaklina – przynieś
jej wspomnienie!”
Więc w suchym blasku iskier rośnie łuk różowy piersi wygiętych twardo,
ust rozwartych koncha, podłużne liście powiek. Wtedy z jego głowy
odrzuconej w odległość wypływają oczy jakby łzy, w których widać
odwrócony obraz coraz mniejszy; i płacze: „O, siostro niedobra!”
a już ona jak kamień – rozpuszcza się w nocy.
15 październik 1941 r.
Majci
Bog se nasmiješio – i tada zemlja nastade, slična
zlatnoj jabuci, ogledalu preobrazbe.
Po njoj cijede se polako života zrele kapljice,
uzdižuć’ iz voda se u vazduh – srebrom trepereće – stepenice.
A pjesma najtiše od ptica u meke se magle pretvara
– tada nastaju oblaci, slični zemlji i zvijezdama.
Tad šume k morima prilaze i polažu kose na vode,
I tada se talasi preliju bojom zrele jagode.
Svjetlost prorijeva zemlju, a zemlja joj bljesak grli;
Šume urastaju u vazduh, a vazduh od šuma se crni.
Životinje se uvlače u kore, a iz kora život klija,
i nevidljivo, u prostoru, kruži zemlje refleksija.
I tad sve boje postoje, svaka drukčija od ine,
a sve su jednake pod staklenim svodom praznine.
I zabrinu Bog se od svoga djela nepojmljenja, jer
tišina se naborala, a svjetlost je pocrnjela
i iz teških nakovanja gorskih plameni izdanci nikli,
a gromovi, zgrčeni naporom, skovali crne misli,
dok ne iskrsnu pod nebom kovan, od buke bijele iz
oblaka i zemlje taljen – čovjek taman i malen.
I tada osmjehnu se Bog – umorno zasnu, usta mu
nijema – i do danas strahovima luta čovjek mračan kao zemlja.
(dn 14. XI. 1941. g.)
Matce
Pan Bóg uśmiechnął się i wtedy powstała ziemia, podobna do
jabłka złotego i do zwierciadła przemian.
Po niej powoli się sączą zwierząt dojrzałe krople wstępując z
wód w powietrza – drgające srebrem — stopnie.
A śpiew najcichszego z ptaków zamienia się w miękki obłoki
wtedy powstają chmury do ziemi i gwiazd podobne.
Więc knieje do mórz przychodzą i kładą włosy na
wodę i wtedy fale się barwią na kolor dojrzałej jagody.
Światło przenika do ziemi, a ziemia blask przygarnia; bory wrastają w powietrze, powietrze od lasów – czarne.
Zwierzęta wnikają w korę, a kora porasta życie i niewidzialne, w przestrzeni, wiruje ziemi odbicie.
Wtedy są wszystkie kolory, każdy od innych różny, które są wszystkie te same pod szklaną kopułą próżni.
I zafrasował się Bóg, że sam swych dzieł nie ogarnie, więc cisza złożyła się w fałdy, a światło stało się czarne
i z ciężkich kowadeł gór rosły łodygi ogniste, a gromy w wysiłku kuły zmarszczone w groźnym namyśle,
aż się wykrzesał z kuźni pod niebo od huku białe z chmur i ziemi ulany – człowiek ciemny i mały.
Teraz uśmiechnął się Bóg i we śnie znużony oniemiał, i do dziś błądzi wśród grozy człowiek ciemny jak ziemia.
dn. 14. XI. 1941 r.
Bakren oblak grmi,
ako oklopi su – oči od olova,
u oklopima sijeva.
U šumama sivim od bljeska,
kao umorna kolijevka,
vraćao se vitez iz lova, iz snijega.
A od snijega – skupa s konjem –
kao oblak jabukovog cvijeta
uraganom u mećave bačen.
I tako u trku ukočeni,
u mrazeve k’o na igle
pribijeni – polako se pretvarahu u kamen.
Tada srebrnaste šume,
presiječe svjetlosti zvižduk,
a put se pretvori u plavu ravninu.
I zlatni hljeb i ruke,
kao u pjesmi djetinjstva,
majka je nosila ususret svome sinu.
(Zima 41. g.)
Chmura z miedzi uderza,
blaskiem bije w puklerzach,
jeśli puklerz – to oczy z ołowiu.
W lasach siwych od błysków
jak znużenia kołyską
wracał rycerz z puszystych łowów.
A od śniegu – wraz z koniem –
był jak chmura jabłoni
huraganem niesiona przez zamieć.
I tak w pędzie zastygli,
że na mróz jak na igłę
wbici – z wolna zmieniali się w kamień.
Wtedy knieje srebrzyste promień przeciął ze świstem,
droga przeszła w niebieską równinę.
Złote chleby i ręce
jak w dzieciństwa piosence
niosła matka na witanie z synem.
(Zima 41 r.)
Priredio i preveo Marko Bačanović